terazmuzyka.pl
Blog użytkownika PawelS

"Mój" Tomasz Beksiński to przede wszystkim lata 80-te i „Romantycy muzyki rockowej” oraz „Wieczór płytowy” w Programie 2PR. Wyobrażałem go sobie wtedy jako... bardzo eleganckiego młodego mężczyznę w garniturze i może nawet w okularach. :) Imponował mi swoją przepastną kolekcją płytową, ale także erudycją, znajomością kina i języka angielskiego. Jego tłumaczenia tekstów, czy choćby tylko tytułów piosenek, były w tamtych czasach niezwykle przydatne. Tłumaczył nawet imię i nazwisko ubóstwianej przez siebie Kate Bush, jako Kasia Krzaczek. :) Pamiętam jak zmienił się mój odbiór piosenki Camouflage Stana Ridgewaya, którą znałem z Listy Przebojów Trójki, po tym jak Beksiński opowiedział co jest w jej tekście i obwieścił, że dla niego jest to przebój roku 1986. Na początku 1987 z kolei Tomek ogłosił, że The Joshua Tree U2 będzie jego płytą roku. Takie deklaracje miały wtedy znaczenie dla słuchaczy, więc niełatwo było mu się z niej wycofać kiedy zmienił zdanie po ukazaniu się Clutching At Straws Marillion. :) To właśnie w jego audycji pierwszy raz usłyszałem sformułowanie: Gdybym mógł zabrać na bezludną wyspę tylko jedną płytę... W przypadku Beksińskiego była to Atom Heart Mother Pink Floyd. Słuchając jej wówczas z egzemplarza kupionego od brata starszego kolegi, zastanawiałem się czy faktycznie ten album jest esencją całej muzyki stworzonej na kuli ziemskiej. :) Kiedy indziej Beksiński rozpalał moją wyobraźnię czymś dużo bardziej prozaicznym, a mianowicie opowiadaniem o tym, że zaprogramował sobie piosenkę Lucretia My Reflection The Sisters Of Mercy na odtwarzanie w kółko kilkanaście razy. :) Sam fakt istnienia możliwości takiego programowania płyty - w czasach kiedy odtwarzacz kompaktowy był dla większości osób nieosiągalnym luksusem – przyprawiał o zawrót głowy. :) Podobnie inspirujące były wszystkie jego audycje, w których - poza muzyką, budowaniem nastroju i więzi ze słuchaczem - nie brakowało też humoru i ironii. Lubiłem drobne uszczypliwości jakie Beksiński kierował do najróżniejszych adresatów, bo zawsze były celne, ale przy tym dowcipne. Kiedyś kończąc audycję z tłumaczeniami tekstów (być może była to płyta Disintegration The Cure) - powiedział: "Mam nadzieję, że nie szeleściłem zanadto kartkami. Znacznie lepiej robi to Jan Suzin podczas projekcji telewizyjnych." :) Takiego Tomka Beksińskiego zapamiętałem z lat 80-tych.

Lata 90-te przyniosły przemianę Beksińskiego, który z romantyka stał się malkontentem i szydercą o zgryźliwym poczuciu humoru. Kolejne płyty hołubionych przez niego wcześniej artystów dostarczały mu tylko rozczarowań. Dla przykładu Sinead O'Connor, którą uwielbiał za krążek The Lion and The Cobra, na albumie I Do Not Want What I Haven't Got była dla niego już za mało zadziorna. Płytę Achtung Baby U2 skomentował: "Gdyby wszystkie utwory były na niej takie jak dwa ostatnie... Ale nie są." Myślę, że Tomek miał zbyt konkretne oczekiwania wobec swoich ulubionych artystów, a im – nawet gdyby o nich wiedzieli i chcieli je spełnić – coraz trudniej przychodziłoby sprostać jego wymaganiom. Na dodatek bywał chimeryczny, a przez to coraz mniej wiarygodny w swoich ocenach. Na łamach Tylko Rocka wyraził np. bardzo krytyczną opinię o płycie The Prodigal Stranger Procol Harum po to tylko żeby... po jakimś czasie ją odwołać i stwierdzić, że płyta jest jednak świetna, a tamtą recenzję napisał w chwili "kompletnego zgłupienia". :) Potrafił jednak wciąż czarować w eterze swoim czarnym humorem. Kiedyś w serwisie informacyjnym był jakiś materiał o pracy celników, w którym padło określenie "odprawa ostateczna", co Beksiński – przejmując antenę – skomentował słowami: "Powiało grozą". :) Pod koniec 1992 lub na początku 1993 swoim przebojem roku wybrał Friday I'm In Love The Cure i dla mnie to był właściwie koniec Beksińskiego po jasnej stronie. Potem już była era coraz mroczniejszych dźwięków i narzekania na jakość współczesnej muzyki i świata w ogóle. Drobne uszczypliwości z lat poprzednich przerodziły się w zrzędzenie. Jego felietony w Tylko Rocku wprawiały mnie w coraz większe zdumienie. Czasami niebezpiecznie zniżał się w nich do poziomu publiczności kinowej, o której mówił – zresztą słusznie – że jest chamska i nienażarta. Swoją drogą, ciekawe co powiedziałby dziś o publiczności koncertowej... :) Na domiar złego, odciął się od swoich tłumaczeń tekstów piosenek z lat 80-tych, wyrokując, że był to "translatorski analfabetyzm" a jednocześnie pastwił się nad kolegami po fachu błędnie tłumaczącymi niektóre ścieżki dialogowe. :) Żyjąc w swojej krypcie, coraz bardziej oddalał się od wyobrażenia jakie miałem o nim w poprzedniej dekadzie. Ale tak chyba właśnie było z Tomkiem, że każdy miał o nim jakieś wyobrażenie. Na żywo widziałem go tylko raz - z daleka - na koncercie zespołu Closterkeller w klubie Giovanni na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie w październiku 1995 roku. Nie pamiętam już dlaczego do niego nie podszedłem. Może zabrakło mi odwagi i tupetu żeby zawracać mu głowę, a może było tak, że nie czułem z nim już wtedy takiej więzi jak we wcześniejszych latach. Nasze gusta i postrzeganie rzeczywistości mocno się rozeszły. Dla mnie lata 90-te przyniosły nowe możliwości i dostęp do rzeczy, których wcześniej nie miałem. Dla niego głównie irytację i niespełnienie. Prawda jest taka, że pod koniec lat 90-tych... nie byłem słuchaczem jego „Trójki pod Księżycem”.

Dzisiaj bardzo mi go brakuje, bo osobowości radiowe nadal są u mnie w cenie. Gdyby teraz miał jakąś audycję, na pewno bym go słuchał, niezależnie od tego jaką muzykę by w niej prezentował.

PawelS | 24 grudnia 2016
Oceń notkę
+ +3 -
Komentarze (1)
Aby dodać wątek musisz być zalogowany!
hahusky dodano: 27.12.2016, 10:26 #1
bardzo dobry rzetelny tekst.ja natomiast Tomka zaczalem sluchac wlasnie w trojce pod ksiezycem ...zakochalem sie dzieki niemu chociazby w tworczosci Devil Doll.na kasecie magnetofonowej mam jego ostatnia audycje...mam wszystkie teksty z Tylko Rocka.szkoda ze sie tak pogubił.
© 2013-2020 Advertigo S.A. All rights reserved
Projekt i realizacja: F3 Group